RSS
wtorek, 14 listopada 2017

Dostałam namiary na dwóch.
Zatem byłam u nich wczoraj jakby z polecenia.

Jeden cholernie daleko, drugi średnio daleko.
Postanowiłam zacząć od pana cholernie dalekiego, żeby w razie czego zahaczyć o drugiego w drodze powrotnej...

(Głupia ja, mogłam jednak zmienić kolejność - zaoszczędziłoby mi to nerwów...)

Zatem wkraczam do warsztatu.
Państwo szeroko uśmiechnięci i wylewni.
Pada pierwsze pytanie:
- Czy bardzo pani potrzebuje fakturę?

(Ding dong! - Odzywa mi się ostrzegawczy gong z tyłu głowy.)

- Nie. Oczywiście, że nie. Pomówimy o kosztach?
- Oczywiście. Proszę usiąść. - Podsuwa mi się uprzejmie krzesełko.

 Trwają poszukiwania. Żona pana właściciela skupiona przed laptopem, pan właściciel uprzejmie się uśmiecha.

- O! Mamy zderzak! - Oznajmia entuzjastycznie znad ekranu pani. - 550 złotych.
- Ile?! - Aż podskakuję na krześle. - Zrobiłam wcześniej wstępne rozeznanie i widziałam zderzaki za 200 złotych...
- Eee... Wie pani - odzywa się pan. - One mają słabe zdjęcia. Nie wiemy, czy nie są klejone, czy nie mają ułamanych zaczepów, rysek...
- Rysek? Gorzej już nie będzie. Co mi tam ryski?...
- No trzeba znaleźć coś w miarę przyzwoitego, rozumie pani...

 Spokojnie czekam na ciąg dalszy...

- Może być połamany wał za reflektorem - mówi pan z troską na obliczu. - Nie dowiemy się, dopóki nie odkręcimy... Taki wał kosztuje 370 zł...
- A nie może pan teraz spojrzeć? 
- No nie bardzo... Trzeba rozkręcić. A wie pani, jak rozkręcę, to wszystko się może rozsypać i pani nie wyjedzie... 

Ok... Spokojnie dalej czekam na rozwój wypadków.

- Do pani samochodu nie ma zamienników... - Pani szczerze zatroskana.
- Od kiedy? - Pytam przytomnie.
Pan, nieco zbity z tropu: Aktualnie dostępnych nie ma.
- Aha...

Czekam dalej. Państwo szacują. Wkurw mnie powoli bierze...

- To będzie jakieś 3200 zł. 
- Ile??? - Spadły mi buty, opadły cycki, gdybym miała perukę - też by mi ją zwiało.
- To jest optymistyczna wersja, rozumie pani. Musimy rozkręcić maskę nie wiadomo, co tam się jeszcze zadziało...

Jasne, miauwa. Zostawię im samochód, odjadę, a oni stwierdzą, że okazało się, iż pół samochodu skasowałam!
Już słyszę te okrzyki: Widzi pani? Dobrze, że to zauważyliśmy! Samochód by się pani rozpadł! Uratowaliśmy pani życie!

(Znam to aż za dobrze.)

- Panie kochany, toż to zwykła obcierka jest! Mocna, ale jednak tylko obcierka. Reflektor stłuczony, błotnik wgięty, zderzak pęknięty... Akrylowy, miał prawo. Jeszcze raz: ile???
Pan lekko poirytowany: No wie pani, jest pani znajomą kolegi, za robociznę policzyłem symbolicznie. Nigdzie pani taniej tego nie naprawi. Tak to wygląda...
Ja, bardzo-miauwa-opanowanym-tonem: Przykro mi, na taką kwotę nie byłam przygotowana. Muszę to przemyśleć.

Odjechałam z piskiem opon.
Zadzwoniłam do Dżoany niemal z płaczem.
Ona stanowczo: Jedź do mojego blacharza. I to już!

Pojechałam.

Miły człowiek, uśmiechnięty, sympatyczny.

(Taaa... Znamy tych miłych, sympatycznych, c'nie?)

Obejrzał auto.
Westchnął.
Otworzył maskę.
Pokontemplował.

- Powiem pani tak - odezwał się w końcu. - Reflektor trzeba kupić. Zderzak też. Błotnik... Hm... Z błotnikiem nie ma tragedii. Wyklepiemy. Hm...
- Pan mi powie, ile... - Mówię prawie przez łzy.

- Hm... Dla pani? - Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. (Dzięki, Dżoana!). - Hm... Części, robocizna, lakierowanie... Wie pani, ja spróbuję zdobyć zderzak w tym kolorze. Wtedy nie będzie trzeba lakierować. Ale może mi się nie udać. Wówczas wyjdzie jakieś... 1600 złotych. Jeśli znajdę zderzak, to 1300.

No żesz miauwa! Po raz kolejny prawie spadły mi buty!

 

Dziś byłam u niego z zaliczką na części. Ma już jakieś na oku i jutro jedzie je zobaczyć.
Zderzaka w moim kolorze niestety niet, ale liczyłam się z tym.
Jeśli będzie ok, auto mogę do niego odstawić już jutro popołudniu. 
Odbiorę najpóźniej we wtorek.

...

Zdaję sobie sprawę, że ten człowiek potraktował mnie w sposób szczególny.
Byłam w jego warsztacie i widziałam, że roboty ma po kokardy.
Mimo to, zajął się moim samochodem priorytetowo.

Przy zapłacie należności należy się dobra flaszka, prawda?... :)

niedziela, 12 listopada 2017

Weź ty się, miauwa, już skończ, co?...
Pięknie proszę...

Skasowałam samochód.
Znaczy się nie na amen.
Znaczy się lekko.
Znaczy się trochę bardziej niż lekko. 

@$$%^&##$%

Psiur wyskoczył mi prosto pod koła. Nacisnęłam ostro hamulec. Usłyszałam ostry zgrzyt abs-u, wykonałam artystyczny piruet i walnęłam w latarnię.
Psiur brawurowo zwiał (i pewnie na odchodne pokazał mu środkowy pazur).  
Nic mu się nie stało, mi też nie (poza ostrym wkurwem), za to Ksawier ma do wymiany błotnik, zderzak i dwa reflektory. 

Nie mam pojęcia, skąd wezmę na blacharza. 
Nie wiem też, jak dostanę się do roboty z tego mojego zadupia.
Chwilowo jestem nieco nerwowa i - jeśli ktoś ma aktualnie do mnie jakąś sprawę - radzę się wstrzymać do odwołania.
Paweł się załamie i mnie zabije (kolejność dowolna).
Chcę umrzeć. 

:(

sobota, 11 listopada 2017

W telegraficznym skrócie...
Jana z Robertem popełniają związek małżeński, ja mam być świadkiem, na ostatnim zdjęciu zobaczyłam swoją mega-dupę i się srodze załamałam.
Będę musiała przywdziać stosowny ciuch.
Ale ciuch niestety wymaga renowacji wkładu. 

Aktualnie poniewieramy się z młodą na siłowni.

Młoda z kolei, od czasu odłączenia ssaczy, również narzeka na pralkę, przez którą ciuchy się zbiegają.
Ciężko jest, jednym słowem.

Aktualnie wbiłam się w stare portki, sprzed dwóch lat. Ale jeszcze nie jest dobrze.

Proszę o mocne kciuki.
Za mnie i za młodą.

Walczymy. 

niedziela, 29 października 2017

Bo często okazuje się, że śmierci można było zapobiec...

Dziś na stole świnka morska. Wiek: 3 miesiące. Dziecko.
Przyczyna zgonu: zawał mięśnia sercowego.

Niech ktoś mi wytłumaczy, jak można doprowadzić małe młodziutkie zwierzątko do takiego stresu, żeby stanęło mu serce.

Nie ogarniam... :(

czwartek, 26 października 2017

Otóż nasze Związki Zawodowe wystosowały pismo do ministerstwa w sprawie podniesienia naszych głodowych pensji. Ponieważ ministerstwo zlało nasze żądania ciepłym moczem, Związki organizują akcję protestacyjną. 

Skoro mowa o pensjach... Na moim zakładzie obowiązuje pewna zasada. Mianowicie, gdy mrówa zapragnie po godzinach dorobić w innym miejscu, potrzebuje na to zgody głównego szefa jednostki, czyli szefa wszystkich szefów. Podjęcie pracy bez spełnienia tej drobnej formalności może skutkować natychmiastowym wyrzuceniem na bruk.
Bzdura, wiem. Ale nie ja to wymyśliłam.

Otóż w pewnej jednostce na południu kraju jedna z mrów doszła do wniosku, że musi dorobić gdziekolwiek. Znalazła taką możliwość w supermarkecie.
Osoba na stanowisku urzędniczym, z wyższym wykształceniem. Tak, proszę Państwa.

Wystosowała zatem wyżej wspomniane pismo do przełożonego.

Pozwolę sobie zacytować odpowiedź szefa wszystkich szefów:

"W odpowiedzi na Pani pismo dot. wyrażenia zgody na dodatkowe zatrudnienie polegające na wykładaniu towaru i pomocy w zaopatrzeniu towaru, uprzejmie informuję, iż Prokurator Okręgowy w XXX, mając na względzie art. 11 ust. 2 ustawy z dnia 18 grudnia 1998 roku o pracownikach sądów i prokuratury, uznał, iż wykonywanie dodatkowego zatrudnienia polegającego na wykładaniu towaru i pomocy w zaopatrzeniu towaru, jest sprzeczne z obowiązkami służbowymi urzędnika i może podważać zaufanie do prokuratury.'"

No żesz kurwa!

Znaczy się co? Dodatkowa praca w sklepie godzi w godność urzędnika, tak?
A pensja tej kobiety - niecałe dwa tysiące po dziesięciu latach pracy - nie godzi?
Wizyta w MOPS-ie też nie godzi?

Dno, wodorosty i dwa metry mułu...

niedziela, 22 października 2017

Za wrażliwość.
Za empatię.
Za miłość do zwierząt.
Za pomoc naszym kieszonkowym konikom.

Ester, z racji uczulenia na ketaminę, będzie miała usuwany ząb na wziewce. Trzeba to zrobić, żeby dokładnie oczyścić ropień od strony jamy ustnej. Póki co został wyłyżeczkowany z zewnątrz i codziennie jest płukany. Mała jest na środkach przeciwbólowych i antybiotyku. Jest bardzo dzielna.

Jedzą na zapas. Żebra sterczą, a brzuchy napakowane...
Trzeba czasu, żeby uwierzyły, że już nigdy nie zabraknie im jedzenia.

Jeszcze raz dziękuję darczyńcom.
Jesteście mega! :) 


czwartek, 12 października 2017

Dziś w nocy, prawie już w sen błogi zapadając, przytuliłam mocno Kuzcusa. I wyczułam twarde duże coś tuż za jego łopatką.
Sen blogi natychmiast poszedł w cholerę.
Poderwałam się natychmiast, budząc Pawła i resztę oburzonych kotów, i dalejże macać Prezesa...
Dokopałam się do strupa wielkości pięciozłotówki...

I tu, proszę Państwa, chwała mojej edukacji medyczno-weterynaryjno-znachorskiej, a przede wszystkim praktykom zawodowym.  

Kiedyś w takiej sytuacji z prędkością światła zarzuciłabym na siebie odzienie wierzchnie (z pośpiechu wielkiego zapominając o bieliźnie), złapałabym kota pod pachę i pędem szalonym pogalopowałabym do lecznicy całodobowej.

A dziś doskonale wiem, z czym mam do czynienia - Kuzco nabawił się martwicy poiniekcyjnej. 
Kurde, w Rudolfa waliłam zastrzyki tygodniami i nic.
A czarnuch zaliczył raptem trzy wkłucia podskórne i proszę... 

No nic. W przyszłości trzeba będzie walić w ogon. Albo w łapę.

Tydzień bez sensacji jest u mnie tygodniem straconym.
Po prostu.

poniedziałek, 09 października 2017

Weekend rozpoczął mi się bardzo niewinnie - telefonem Patki...

- Słuchaj, jadę w niedzielę po dwie kucynki. Obie najprawdopodobniej w ciąży. Potrzebuję pomocy. Pojedziesz ze mną?
- Jasne. Zabierasz interwencyjnie?
- Nie... Jeszcze nie są w wystarczająco złym stanie... Kupiłam je. 

Ok.
Cała Patka.

Niedziela.
Zajechałyśmy.
Syf, smród, bród i ubóstwo.
Pan właściciel prowadzi nas do koni.
Zakładam kantary dwóm kucynkom, gdy nagle zauważamy trzecią, stojącą nieco z boku, patrzącą na nas bardzo smutnymi oczami. Nad lewym nozdrzem konia widać zastrupioną ranę wielkości pięciozłotówki.

- Co jej się stało? - Pyta Patka.
- Eee tam... - Pan właściciel spluwa siarczyście. - Ogier ją ugryzł. Wyliże się.

Oglądam ją dokładnie, delikatnie omacuję nozdrze, sprawdzam zęby... Dolatuje do mnie ostra woń ropy.
- Panie - mówię bardzo powoli. - Ona ma tu wielki ropień. Tu jest potrzebny weterynarz na cito. 
- Eee tam... - Pan właściciel ponownie spluwa pod nogi. - To nic takiego. Wyliże się.
- Panie, żadne wyliże się - prę dalej. - To nie wygląda dobrze. Powiem więcej, to wygląda cholernie źle. Za chwilę wda się sepsa i koń padnie...
- Bierzemy tego konia też - ucina stanowczo Patka.
- Ale co pani - pan właściciel robi niepewnie krok w tył. - Ona jest w typie konika polskiego. Ja jej nie sprzedam.
- I co? Pokryje ją pan jeszcze może, tak? Chorą? Nie ma mowy. Zabieramy ją. 
- Nie sprzedaję.
- Daję tyle i tyle. Proszę się namyśleć. Szybko. Gotówka do ręki. Nie wyjedziemy stąd bez niej.

Pan właściciel podumał, pospluwał jeszcze kilka razy, znowu podumał...

- No dobra. Dorzuci pani jeszcze stówkę i bierzcie ją sobie.

Nie powiem, ile Patka wywaliła forsy za te kuce. Ze swojej prywatnej kieszeni. Nie powiem, bo nie jestem do tego upoważniona i nie jest to niczyja sprawa. 
Powiem tylko, że po raz kolejny chylę czoła i słów mi brak...
Grunt, że zabrałyśmy wszystkie trzy i zawiozłyśmy na Rogate.

...

Malutka jest już moją Malutką. Już w trakcie pertraktacji z panem właścicielem tuliła się do mnie jak piesek i patrzyła błagalnie tymi wielkimi smutnymi oczami: Zabierz mnie stąd.
Nigdy wcześniej w życiu nie poczułam takiej odpowiedzialności za obce zwierzę. Spojrzałam na nią, łapiąc za kantar: Zabiorę, Malutka. Trzymam cię i już nie puszczę.

Na miejscu wyczesałyśmy kołtuny z grzyw i ogonów, zrobiłyśmy porządek z sierścią, nakarmiłyśmy. 
Daisy nie lubi czesania. Ciężka orka przed nami... 
Natomiast Ester miała problemy z jedzeniem... :(

Klaczki dziś miały ogólny przegląd weterynaryjny, wraz z usg. Malutka i Daisy - które zostały pokryte i były w ciąży -  zaresorbowały płody. To się zdarza u zwierząt skrajnie niedożywionych. Prawa natury i instynkt przetrwania...
Wzdęte brzuchy to efekt zarobaczenia level master... :(

Natomiast u Ester badanie wykazało paskudne złamanie kości nosowej. Rana okazała się być ujściem przetoki, druga przetoka uchodzi do jamy ustnej.
Ropień przepłukano solą fizjologiczną. Nie powiem Wam, jaki to był widok i jaki to był smród... Pozostawiam pole do wyobraźni...
Jezu, jak ten biedny mały konik cierpiał... :(
Dostała środki przeciwbólowe i antybiotyk. 
Będzie dobrze.

Przepraszam, ale chwilowo nienawidzę ludzi...

poniedziałek, 02 października 2017

Moje lovestory znalazło swój finał dziś.
Majster zapragnął bowiem telefonicznego kontaktu ze mną w godzinach porannych.
Z pewną obawą odebrałam.

- Dzień dobry - zagaił nasz Romeo nieco drżącym, niepewnym głosem. - Dzwoniła pani do mnie wczoraj...

No dobra, nie jestem świnią, leżącego się nie kopie, a kac moralny to jedno z najgorszych uczuć na tym łez padole.

- A, tak. Oddzwaniałam, bo pan do mnie wcześniej zadzwonił. Przez pomyłkę.
- Ja zadzwoniłem?...

- Tak. Pomylił się pan.
- Acha... - Wdech, wydech. - To przepraszam. I do widzenia.
- Do widzenia panu. (Wdzięczny dyg.)

Ci dzisiejsi mężczyźni są jacyś tacy niezdecydowani.
A taki ekscytujący skok w bok mi się szykował...
Pan majster zrobił odważnie pierwszy krok (nieco chwiejny, ale nie czepiajmy się szczegółów, no naprawdę), żeby potem rzucić mnie bezceremonialnie nekst dej.

No dobra, same pozytywy - majster nie ma moralniaka, a ja mam nadal majstra na podorędziu w razie awarii.

(I nadal ciągły chichot. :) ) 

niedziela, 01 października 2017

Mam ci ja majstra. Taką „złotą rączkę”, którą wzywam w celach budowlano-remontowo-naprawczych. Owe cele realizowane są w obu wynajmowanych  mieszkaniach na Przymorzu.

Majster począwszy od kapitalnego remontu kuchni, podłączył w międzyczasie kuchenkę gazową, wymalował ściany w dwóch pokojach, wymienił kabinę prysznicową, w drugiej kabinie naprawił drzwi, powymieniał rolety okienne, kończąc swoje bogate cv pierdółkami, takimi jak naprawa gniazdek elektrycznych, klamek i zamków u drzwi.
Majster zdarł ze mnie kasy jak lodu. Znaczy z moich rodziców, ale mnie bolało jakby pośrednio.

Jednakowoż majstrowi trzeba przyznać, że na tę kasę uczciwie zasłużył – nie odstawia fuszerki, wszystko robi porządnie. Zatem ma prawo się cenić. Poza tym dobrych majstrów ostatnio u nas jak na lekarstwo, ne spa?

Ostatnio wymienił rozwalony wywietrznik łazienkowy, naprawił dwa okna i zamek u drzwi wejściowych.
Uczciwie się z majstrem rozliczywszy, postanowiłam odetchnąć na jakiś czas.

A dziś...
Dziś siedzę sobie na wykładach, telefon zaczyna wibrować... Raz, drugi, trzeci...

Wyszłam z sali, oddzwaniam:
- Haalooo...  – Słyszę nieco bełkotliwą próbę odebrania.

Myślę sobie: Fajnie ma, niedziela, godzina jedenasta, impreza trwa w najlepsze... A ja tu na bezgranicznie nudnych zajęciach z administracji weterynaryjnej. No fajnie ma...

- Dzwonił pan do mnie. Oddzwaniam.
- Haaloo?...
- Tak, jestem. Oddzwaniam, bo dzwonił pan do mnie. Coś się stało?
- Oj, stało się, oj stało...

Słyszę, że majster napruty jak meserszmit i coraz bardziej zazroszczę...

- Co się stało?
- Bo ja, pani Marto, dzwoniłem, żeby pani powiedzieć... Hik!... Żeby no... Hik!...
- Słabo pana słyszę...
- Bo ja dzwoniłem, żeby powiedzieć, że ja panią kocham! Hik!... Tak. Kocham panią!
- ... Najprawdopodobniej panu się numery pozajączkowały. Życzę miłego dnia.

Padłam!
I tak będę leżeć! :))

...

Będę miłosierna. Nie przypomnę panu majstrowi o jego chwili słabości.
No chyba, że zajdzie potrzeba kolejnej naprawy doraźnej.
Wówczas zażądam rabatu.
W imię uczucia.
Bo uczucie zobowiązuje.
Prawda?...

(Jezus maria, w mordę jeża, ja pierdzielę. :)) )

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50