RSS
sobota, 22 lipca 2017

Czy na sali jest murarz, względnie spec od kafli?...
Niestety, mężczyźni w moim otoczeniu to kompletne pipy w tym temacie - mają o tym takie pojęcie, jak ja o balecie.

Mam kłopot z balkonem. Terakota położona przez "fachowców" wytrzymała chlubne trzy lata. Zauważyłabym ten fakt zapewne dopiero po jakichś czterech, gdyby nie fakt, że sąsiad z parteru uprzejmie doniósł, iż boi się zorganizować w swoim ogródku grilla, gdyż lecące z góry części mojego balkonowego cokołu mogą spowodować, że trup będzie się ścielił gęsto.

Przeprosiłam. Usunęłam resztki cokołu, trzymające się na ostatnich włoskach.
Akcja ta zapoczątkowała proces totalnego luzu w płytkach podłogowych tamże i wykruszenie się fug. W związku z zaszłością zakiełkowało mi na balkonie zielsko w takiej ilości, że powinnam już właściwie przystąpić do sianokosów. 

Zanim uzupełnię fugę, trzeba na cito zrekonstruować cokół. Nie chcę kłaść tam ponownie płytek z obawy, że za kolejne trzy lata ponowią zamach na sąsiada. A to poczciwy człowiek, szkoda go.

Jako że na robotach wykończeniowych znam się średnio (choć jakby bardziej niż wyżej wspomniane męskie pipy), radźcie. 

Przyszedł mi do głowy swojski beton. Można tak po prostu zabetonować? Będzie trzymało terakotę? 
Dodam, że nie musi to wyglądać pięknie - cokołu z okna nie widać. ;)

Anybody?...

piątek, 21 lipca 2017

... z dzisiejszego dnia.
Bo dzień był naprawdę hardkorowy.
Zabieg za zabiegiem, agresywne stwory, powikłania, krwotoki, nerwówka level hard...

Dziś jednak relacji nie będzie.
Na razie. Dopóki nie ochłonę.

(Dla uspokojenia dodam - wszystkie zabiegi zakończyły się sukcesem, a zwierzaki mają się dobrze.)

Dziś bowiem stał się cud nad cudy i kot, który od piątku miał nie żyć, dziś miał zdejmowany cewnik po operacji.

Andrzej samodzielnie sika i nie zamierza przestać.
Andrzejowa operacja zakończyła się sukcesem.
Andrzej pożyje jeszcze ładnych lat kilka z hakiem.

Niniejszym Państwa przeproszę i oddalę się w kącik, żeby ulgę swoją niewypowiedzianą w spokoju wyryczeć. Bez świadków.

Ja prdl, jak się cieszę! :)

środa, 19 lipca 2017

- No to co? Czyścimy koteczkowi gruczoły okołoodbytowe?... Spoko. Tunia, przytrzymasz koteczka?
- Jasne! - Zakrzyknęłam ochoczo, wdziewając rękawice spawalnicze i zastanawiając się, czy spisałam testament.
- Khhhhhh! - Podsumował uroczo koteczek.

Dziesięć minut później...

- Strzelił mnie - jęknęłam, kończąc ścierać krew z łokcia.
- Jezus Maria! Gruczołem?!
- Nie. Pazurem.
- Uffffff... Szczęście w nieszczęściu. Będziesz żyć. Bo gdyby gruczołem, to wiesz...

Zastanawiam się nad zmianą zawodu...
Myślę, że praca w kopalni węgla kamiennego byłaby super...

wtorek, 18 lipca 2017

Doktor A. wyciągnęła psu dwa kleszcze. Wrzuciłam je na korytko, zalałam alkoholem i odstawiłam na szafkę, żeby godnie zakończyły żywot.

Po paru minutach doktor O. podeszła do onej szafki po leki.
- Zobacz, jakie piękne - zapiałam, podsuwając jej korytko z zawartością pod nos.
- A weź! Idź mi z tym ohydztwem!
- No co ty! Piękne są! Jeden prawdziwy king sajs. Nie mów, że pająków też nie lubisz?
- A fuuu!
- Ja tam lubię. Zaadoptowałabym takiego xxl. Kupiłabym mu obróżkę z kryształkami i szczotkowałabym sierść na nogach. Musisz polubić pająki. Ćwicz na kleszczach. No spójrz, jakie słodziaki - sterroryzowałam ją ponownie korytkiem.
- Czub!

:))

piątek, 14 lipca 2017

Znaleziono go w Andrzejki.
Był kocim noworodkiem, zawiniętym w folową torbę, wyrzuconym do śmietnika. Gdyby nie jego mocne płuca i donośny płacz, nie miałby najmniejszych szans.

Znalazła go para, która przypadkiem tamtędy przechodziła. Wspaniali ludzie. Na przemian brali urlop, by maleństwo karmić i masować brzuszek, celem pomocy w wypróżnianiu. To jest prawdziwa orka, proszę mi wierzyć. Taki maluch, oddzielony przedwcześnie od matki, ma szanse praktycznie zerowe.

Ale Andrzej okazał się walecznym kotkiem. I bardzo chciał żyć.

Wygrał.

Dziś jest dorodnym kocurem. Ale ma poważny problem urologiczny.

Zaczęło się od zwykłego zapalenia pęcherza. Problem trywialny – z reguły daje się diabelstwo przepędzić antybiotykami.
Niestety, po terapii Andrzej się zatkał. Przypałętało się zapalenie cewki moczowej.
Bardzo cierpiał, zatem założono mu cewnik na czas opanowania obrzęku.
Andrzej spędził kilka dni na podkładach, błogo i ochoczo lejąc pod siebie. W końcu bez bólu.

Wczoraj przyjechał na usg. Na okoliczność badania usunęliśmy cewnik.

(W każdy czwartek przyjeżdża niezastąpiony dr J. z własną aparaturą. Pacjenci zapisują się na te czwartki nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem.)

Wszystko było dobrze.

...

Dziś państwo pojawili się w lecznicy z transporterem. Pan – kamienna twarz, pani – cała we łzach...
- Pani doktor, nie załatwia się od wczoraj. Pani doktor, on strasznie cierpi... To już chyba koniec...
Nogi się pode mną ugięły.
Doktor O. łzy stanęły w czach.
I odezwała się kompletnie nieprofesjonalnie:
- Nie. Dlaczego akurat ja? Nie. Przecież to Andrzej! Nie! Tak nie może być! Przecież myśmy go mieli, kurwa, wyleczyć!

Burza mózgów. Kilka telefonów... Kilka konsultacji...
Andrzej miota się w transporterze. Pan podaje nam chusteczki. Pani płacze.

I nagle nadzieja. Jeszcze są opcje. Jeszcze jest szansa.
J. jedzie do nas na sygnale ze sprzętem.
Specjalista chirurg urolog czeka z gotowym stołem w zaprzyjaźnionej lecznicy.
W końcu Andrzej ma robione badanie.

My siedzimy na chirurgii, mamy na stole sunię, sterylizujemy...
Docierają do nas urywki rozmów...
(- Tu widzimy Andrzejową cewkę...)
- Marta, zacisk proszę.

(- Jest opuchlizna. O tu. W tym miejscu też, widzą państwo?...)
- Wytrzyj mi pole. Nożyczki, proszę.
Sunia zaczyna nam pojękiwać.
Ola uziemiona z nożyczkami w otrzewnej, ja zaciskam naczynie krwionośne, obie jesteśmy sterylne, nie możemy się ruszyć...
- Pomocy!
Druga wet wpada, przerywając usg.
- Boli nas. Dowal ketaminę.
Po dodatkowym zastrzyku sunia się wycisza.
- Dzięki. Ok. Jedziemy dalej. Marta, zaciśnij mi tu jeszcze, proszę.

Badanie usg Andrzeja dało nadzieję. Obrzęk jest tuż przy końcowym odcinku cewki. Można operować.
Gdyby był przy ujściu pęcherza, kot nie miałby szans.
Obie ciężko - acz z ulgą niewypowiedzianą - wypuszczamy powietrze.
- Ok, Marta. Zszywamy stwora.

Andrzej jest właśnie na stole.
Odseparowują mu cewkę. Jeśli się uda – zdarzy mu się w życiu nalać niekontrolowanie. Ale już bez stresu, bez bólu, bez cierpienia.
I będzie żył, co jest dla opiekunów najważniejsze.
Trzymam kciuki za tego dzielnego kocura.
Z całej siły.

...

Czego się dziś nauczyłam?
Ano tego, że są lecznice, gdzie kasa nie jest najważniejsza. Gdzie lekarze mają w nosie, czy im się opłaci nieplanowany dojazd na sygnale na drugi koniec miasta. Po prostu działają na zasadzie impulsu: szybko, zwierzę cierpi.

Są takie lecznice.

A ja trafiłam na jedną z nich.

wtorek, 11 lipca 2017

- Jezusiemaryjo, jaka jestem zrąbana. Boli mnie moje wszystko. Napiernicza mnie kręgoslup, nogi i ręce. Ja pierniczę, jaka jestem szczęśliwa - wymamrotała niejaka niutax.
- Nooo... Może w końcu mnie zrozumiesz - odmamrotał niejaki Paweł.

piątek, 07 lipca 2017
  1. Podać domięśniowo w tyłek medetomidynę. 
  2. Odczekać jakieś dziesięć minut, obserwując z lekką zazdrością, jak kot łapie odlot.
  3. Podać domięśniowo w tyłek ketaminę (Przy rozbawionym: Marta, tym razem to nie krowa, a kot. Nie trzeba wbijać strzykawki po sam łokieć. Bardzo, miauwa, śmieszne.)
  4. Sponiewierać nieprzytomnego kota na stole, odzierając go z godności i instalując mu w szczęce rozwieracz.
  5. Po wypastwieniu się skalerem na kocim uzębieniu, pozbawić go ocalałych jeszcze resztek godności, polerując mu zęby pastą SuperClean.
  6. Podać domięśniowo w tyłek atimapezol - celowo wybierając tym razem drugi półdupek, żeby kota potem nie piekło wymiauwiście w jeden, tylko w miarę równomiernie w oba.
  7. Zawieźć naćpanego jeszcze kota do domu.

Rudolf leży mi na kolanach jeszcze z bezgraniczną ufnością.
Jak mu faza minie, natychmiast przypomni sobie, kto mu to zrobił.
Może nie być miło...

Ja pierdziu, przy nabieraniu do strzykawki pierwszego leku ręce mi się trzęsły jak przy delirium tremens...
- Marta, muszę przeliczyć dawkę dla tego kolosa, bo dla kotów mamy jeno do sześciu kilo..
Tia...
Dalej już poszło w gładko. 

Jednakże po tym doświadczeniu muszę Wam powiedzieć, że przeprowadzanie zabiegu na własnym zwierzęciu - nawet tak trywialnego - jest bardzo niefajne...

wtorek, 04 lipca 2017

.. czyli pierwszy dzień praktyk zawodowych za mną. 

W lecznicy prawdziwe oblężenie. W obliczu tegoż faktu moja codzienna robota, polegająca na siedzeniu przy biureczku, klikaniu w klawiaturkę, popijaniu kawusi i - od czasu do czasu - użerania się przez telefon ze świrami maści wszelakiej, to pikuś, powiadam Wam.
Taki weterynarz ma jednak przesrane jakby bardziej.

Mam za sobą asystę przy piłowaniu króliczych zębów, oczyszczaniu ropnia u świnki morskiej, pobieraniu zeskrobiny ze zmiany skórnej u labradora, pacyfikację krwiożerczego yorka o sile konia oraz pierwsze prawie samodzielne pobranie krwi u bulteriera. 

(Wprawdzie ostatni zabieg wielokrotnie ćwiczyłyśmy z Patką wzajemnie na sobie i przez jakiś miesiąc wyglądałyśmy jak ćpuny po trzech detoksach, ale to się jakby nie liczy, bo wkłucie się w żyłę zwierzęcą jest znacznie trudniejsze.)

Czuję się, jakbym przerzuciła łopatą tonę węgla.
Jestem zrąbana, jak koń po westernie.
I, miauwa, dawno nie byłam tak szczęśliwa. :)

niedziela, 25 czerwca 2017

Na teorii. :)

Jutro praktyczny o 9:00. Dużo trudniejszy.

Trzymajcie i nie puszczajcie, proszę.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jutro rano mam pierwszy egzamin wet.

Najtrudniejszy.

R9: Prowadzenie chowu, hodowli i inseminacji zwierząt.

Póki co teoria.
Praktyka za tydzień.
(Teoria to pikuś, na praktyce obawiam się, że strzelą takie tematy... że rzeźnia to małe miki...)

Proszę o kciuki jutro o godz. 10:00. ;)

I niech mnie ktoś przytuli...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48