RSS
środa, 10 stycznia 2018

Jutro w samo południe mam egzamin zawodowy R.10 - wykonywanie czynności pomocniczych z zakresu usług weterynaryjnych.

Uprzejmie proszę o trzymanie kciuków, bo już zaczynam mieć cykora...

piątek, 05 stycznia 2018

Domyśliłam się, gdy zbliżałam otwartą dłoń do jego głowy. Chciałam pogłaskać. Kulił się wówczas okrutnie, a jego oczy stawały się ogromne ze strachu. :(

Strach minął dopiero po jakimś roku...

Do tej pory nad nim pracuję - weszliśmy na hard level: zamierzam się dłonią, jak do uderzenia, a następnie czule głaszczę po głowie.
Postęp jest kolosalny - w pierwszej chwili Flor tylko na chwilę mruży oczy, ale nie kuli się już, nie boi - wie, że za chwilę będzie pieszczota, nie uderzenie.

Nie bijcie zwierząt. One pamiętają.
A każdy cios odciska piętno na długi czas...

wtorek, 02 stycznia 2018

Dzięki niebiosom, już po sylwestrze i po napierdzielaniu petardami. Nie będę się rozwijać w temacie, bowiem moje zdanie na ten temat jest powszechnie znane i przetrawione już niejednokrotnie, a ja nie lubię się powtarzać.
Krótko podsumuję jednak: niektórzy przedłużają sobie autami wielkości autobusów, inni waleniem z petard. Tyle mojego na ten temat.

Nowy Rok przywitaliśmy w niestandardowym składzie, gdyż Jana z Robertem pojechali do Pragi do rodziców. Moje domostwo za to najechał mój brat, który rozstał się z kolejną miłością swojego życia i, miauwa, jak sobie przypomnę jego biadolenia w tym temacie, szczególnie po paru głębszych, do teraz mi oko lata (wiem, magnez).

Zasadniczo było kameralnie, domowo, w gronie przyjaciół i rodziny, wiecie.
Zaraz za moim czadowym bratem w progu stanął Borys z litrem wódki (Wiesz, Tunia, najwyżej zostanie...), podczas, gdy ja z Piotrem grzecznie rozpracowywałam elgreja.
Tuż przed północą na mymłon wrócił Paweł z roboty i już wtedy po prostu WIEDZIAŁAM, że zostaję sama na placu boju. Samotny bezimienny bohater, który musi stawić czoło petardom i dennej części ludzkości, czyli prymitywom z okolicznych osiedli.

Dzielnie przytulałam Larę, wlewając w siebie hektolitry elgreja, w międzyczasie tak zwanym podsuwając tym jaskiniowcom przekąski.
Btw sponiewierali się, jak starzy angielscy pierdziele.

(Wspominałam już, jakiż to dźwięczny baryton uwalnia się z gardzieli mojego ukochanego brata po spożyciu? Nie??? Kiedyś go nagram. Znowu. I udostępnię na youtube, słowo harcerza. Ku uciesze gawiedzi.)

Cały pierwszy dzień nowego roku zmarnowałam na samarytanizm. Serio serio.
Gotowałam rosołki, podawałam alcaprim, aspirynę i ibuprom max.
Całej, miauwa mać, czwórce.
Należy mi się medal.

Zatem w nowym roku czułam się tak:


niedziela, 24 grudnia 2017

W trudnym czasie podziałów głębokich jak Rów Mariański życzę Wam:

  • umiejętności, aby zbudować nad nim choćby kładkę,
  • mądrości, aby na nią wejść,
  • szczęścia, aby nas wszystkich utrzymała.

Pogodnych Świąt. :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

- Dziewczyny, co może oznaczać ból w pachwinie?...
- Rak!
- Zamknij się, głupia! Nie mówi się takich rzeczy!
- A po której stronie boli?
- Po prawej.
- Ufff! To nie serce!...
- Ale mówimy o pachwinie!
- Co za różnica? Grunt, że po dobrej stronie boli.
- Zapytaj googla. 
- Właśnie szukam... Hm... Pieczenie pachwiny... 
- Brzmi jak przepis kulinarny.
- Składniki?...
- Cicho, głupie! Pieczenie pachwiny często spowodowane jest stanem zapalnym moszny...
- O ja pierdolę, Elcia, ty masz mosznę?
- Zaraz zadzwonię do twojego męża z pretensjami! "Co z ciebie za partner! Proszę NATYCHMIAST wymasować mosznę żonie!"
- Tak jest! Żeby pachwina nie piekła! 
- I co? Moszna? Jak nie moszna, jak moszna? Wszystko moszna!

Miauwa...
Wariatki na zajęciach...
Wariatki w robocie...

I ja mam być normalna, TAK? 

sobota, 16 grudnia 2017

Przychodzę do domu. Zastaję Kuzco z zaciśniętym okiem. Lewym.
Rozchylam powieki... Miauwa. 
Spojówki tak rozpulchnione, że nie widzę oka.
Przekopuję się...
Uszkodzona rogówka.
Miauwa!

Zakraplam Tobrexem.
Goi się. Bardzo powoli, ale jednak...

(Pojęcia nie mam, jak domy tymczasowe radzą sobie z populacją 30 sztuk. Podziwiam.)

Nie wiem, jak to się stało. 

Lara?...
Iwa?...
Florian czyżby?...

Zasadniczo staram się nie obstawiać, ale wizja posiadania kapci obszytych białym futerkiem, zbliża się jakby nieuchronnie...

sobota, 09 grudnia 2017

W dodatku tym najgorszym - uciekłam z miejsca zdarzenia.

Pamiętacie, jak obtarłam latarnię? Otóż okazuje się, że oprócz latarni uszkodziłam wówczas zderzak stojącego obok samochodu.
O tym fakcie poinformowano mnie uprzejmie na komisariacie, gdzie zostałam wezwana w ostatnią środę w charakterze świadka zdarzenia drogowego.

Pół biedy, że w charakterze świadka, bo gdyby na wezwaniu widniał epitet "podejrzany w sprawie", obdzwoniłabym wszystkich znanych mi adwokatów, zaprzyjaźnionego notariusza w sprawie spisania testamentu oraz potencjalnych rodzin zastępczych dla kociarni.
A jako "świadek zdarzenia" - cała przerażona - skonsultowałam się wyłącznie z Piotrem.
- Pojadę z tobą - zadeklarował się.
- Oszalałeś? Jeśli przyjadę składać wyjaśnienia w towarzystwie prawnika, od razu będzie wiadomo, że czuję się winna! A ja się nie czuję. Nie wiedziałam! Co mam robić?
- Ok. Uszy po sobie, tłumacz się zgodnie z prawdą i przyjmij mandat.

Pani policjantka była miła. Naprawdę.
Opowiedziałam, jak to było ciemno, jak lał deszcz, jak byłam zdenerwowana, jak to się rozryczałam, oraz jak się dodatkowo zestresowałam stłuczką. Dodałam, zgodnie z prawdą, że nie przeszło mi przez myśl, że mogłam przy okazji obetrzeć komuś auto, i że wiadome mi było, iż teren jest monitorowany, zatem nie zwiałabym z zimną krwią. 
Miła pani policjantka w oparciu o nagranie z kamery osiedlowej i moje tłumaczenie, uznała, że mówię prawdę, bowiem nagranie owe najpierw zarejestrowało moją osobę idącą do samochodu (trzeźwą i nie odurzoną), natomiast nie zarejestrowało, jakobym po nieszczęśliwej obcierce wyszła z samochodu, zauważyła uszkodzenie czyjegoś auta, a następnie zwiała.
Tyle dobrego.

Nie nałożono na mnie żadnej kary.
Dostałam jedynie informację o marce i numerach auta, żebym miała możliwość zostawić właścicielowi informację z prośbą o kontakt. 
Kurna, od tamtej pory szukam tego samochodu na parkingu.
Nie ma. Brak. Zero. Nul!

Policja swoją drogą wysłała do owego pana pismo z informacją, iż zamykają sprawę i podają mój numer telefon.
Wolałabym go znaleźć wcześniej, żeby zdrowy opierdol mieć już za sobą.
Nie mam wiedzy, co to za człowiek, i czy da wiarę, jak policja, tłumaczeniom rozhisteryzowanej niewiasty.
Miauwa... 

Pomijam fakt, jak bardzo mnie cieszy utrata zniżek za OC.
Boję się myśleć, że ubezpieczyciel uzna, iż jestem durna celowo zwiewając spod kamer i obciąży mnie dodatkowo kosztami naprawy.

...

Dodatkowo pokłóciłam się z ojcem.

A jeszcze - na domiar złego - pewnie będę miała wycinaną tarczycę.
Ot, taka wisienka na torcie. 

Jedynym pozytywnym akcentem w moim życiu ostatnio jest fakt, że Ósemka daje się głaskać po łapkach.
Jeszcze niedawno każda próba posmyrania białej skarpety kończyła się schowaniem łapek, burknięciem i ucieczką.
A teraz dopiero po trzech smyrach jest lekko ostrzegawczy rzut kociego oka...

Mam doła, jak stąd do Chin.

Ale spoko - wyjdę z tego.

piątek, 01 grudnia 2017

Zaczęło się od tego, iż poczyniłam próbę zarejestrowania się do lekarza rodzinnego.
Dodzwoniłam się za pierwszym razem i umówiłam wizytę na dziś.

Miauwa, podejrzana sprawa...
Za łatwo poszło...

Zjawiłam się o czasie. Poprosiłam o receptę i skierowanie na tarczycowe badania laboratoryjne krwi. Dostałam bez mrugnięcia okiem.

(Tu nie bylo zaskoczenia i miauwy, bowiem moja doktor rodzinna jest bardzo wyluzowana i w porzo.)

- Pani doktor, gdzie najszybciej zrobią mi usg tarczycy? - Zapytałam. - Ostatnio pół roku czekałam na nfz. Teraz zapłacę. Trudno. Szybko muszę mieć. Ale i tak są kolejki... Więc gdzie?...
- U nas. Nie czeka się długo.
- A jaka cena?
- A dlaczego ma pani płacić? Zaraz wypiszę pani skierowanie. Naprawdę mamy przystępne terminy.
- Dobrze, poproszę - westchnęłam zrezygnowana. Warto wszak spróbować.

Udałam się do rejestracji. 
- Proszę, tu mam skierowanie. Poproszę o zarejestrowanie na usg tarczycy. Jaki najbliższy termin jest możliwy?
- Pasuje pani ósmy grudnia? - Zapytała pani w rejestracji, uśmiechając się uprzejmie.

Miauwa! Opad szczęki, jaki zaliczyłam, nie równa się z żadnym poprzednim tego typu przypadkiem w moim życiu.  Myślałam, że żuchwę swą osobistą pozbieram piętro niżej, serio...

- Jak to ósmy grudnia? - Zapytałam zszokowana. - Tego roku?
- No tak...
- Znaczy się mówimy o przyszłym piątku?...
- No tak...
- Znaczy się za tydzień już?...
- No tak...
- To ja poproszę... Pasuje mi... Jakoś...

Jakby co, to zbieram tam resztki mojej szczęki do teraz.
Zejdzie mi. 
Tak jakoś do przyszłego piątku...

poniedziałek, 27 listopada 2017

Pozytywnych cech młodej oczywiście mogłabym wymienić kilka.
Negatywnych też ma od cholery, ale oj tam...

Moja siostra posiada jedną taką super-pozytywną cechę, która miażdży.

Otóż między nami bywa różnie, jak to w rodzinie.
Raz jest lepiej, raz gorzej.

Bywa też tak, że wkurzy mnie do białości, wówczas ja jadę grubo po bandzie i jest ostry obustronny foch... I tumany bitewnego kurzu.

A po dwóch dniach młoda dzwoni, jakby nigdy nic: Hej! Co słychać? Bo jak ci powiem, co u mnie, to nie uwierzysz! Siedzisz?

I tak o.

Albo, kompletnie zapominając, że jesteśmy mega pokłócone, dzwoni: Siostra, potrzebuję twojej pomocy. Teraz. Natychmiast. Nał!
Wówczas i ja zapominam. I lecę na ratunek.

Uwielbiam ją za to. :)

...

Pewnie się powtórzę, ale jeśli ktoś z Was nie posiada młodszej siostry, to koniecznie powinien sobie takową sprawić. Naprawdę. Lek na wszelkie zło tego świata. 

czwartek, 23 listopada 2017

Gadamy, trajkoczemy, plotkujemy, pytlujemy...
Mija jakieś dziesięć minut...
Wtem...

- Poczekaj chwilę, Tunia, muszę słuchawkę do drugiej ręki przełożyć, bo miotłę trzymam i trochę mi ciężko...
- Weź! Mogłaś od razu mówić, że nie możesz rozmawiać, bo prowadzisz pojazd!

:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52